Światowy Dzień Wcześniaka


17 listopad to dla nas wyjątkowy dzień. Dzień, który uświadamia nam, jak bardzo cenne jest życie i przypomina nam o tym, że warto cieszyć się każdą jego chwilą...

Poznajcie naszą historię:

Nadszedł w końcu ten dzień kiedy to po raz kolejny okazało się, że jestem w ciąży. Tym razem pomyślałam: musi się udać, jak to mówią - do trzech razy sztuka...

I udało się.
Od tej chwili myśli krążą tylko wokół maleństwa, które wkrótce ma przyjść na świat, zastanawiasz się jak ono będzie wyglądać. Jak będzie wyglądać wasze życie, kiedy już dołączy do Was ta mała iskierka, na którą tak czekacie. Kącik dla dziecka w waszym domu już jest. Jesteś przygotowana. Pewnie się boisz, ale powoli próbujesz wyobrazić sobie ten dzień, kiedy to jesteś wymęczona, ale i szczęśliwa, bo przecież masz przy sobie swoje maleństwo...

I w końcu przychodzi dzień. Zupełnie inny niż w twoich wyobrażeniach. Na wizycie okazuje się, że wyniki nieco odbiegają od prawidłowych - no cóż nie ja pierwsza, nie ostatnia, uzupełnią niedobory i będzie ok. Kolejna wizyta informacja o jakiejś cukrzycy ciążowej - no nic, jakaś dieta ewentualnie zastrzyki i wszytko będzie ok. Idziesz na następną wizytę, wyniki badań trochę niepokojące, no nic - dodatkowe leki i będzie ok. Przy kolejnej wizycie dowiadujesz się, że znowu coś nie tak, grozi przedwczesny poród, trzeba jechać do szpitala - no nic, zrobi się kolejne badania, kroplówka, poleżysz będzie ok. W szpitalu co chwile jakieś badania, znów przychodzą wyniki, znowu coś nie tak - no nic, leżysz i czekasz w końcu na jakieś dobre wieści. Niestety wyniki krwi złe, zapada decyzja o przetoczeniu krwi - no cóż myślisz jakoś będzie... Aż w końcu pojawia się profesor - a skoro sam szef oddziału fatyguje się żeby osobiście z Tobą porozmawiać - wiadomo, że coś musi być na rzeczy... I wtedy słyszysz: będziemy musieli zakończyć ciąże wcześniej, z tętnem dziecka jest coś nie tak...

Resztę pamiętam jak przez mgłę: szybko na salę operacyjną. W między czasie poprosiłam tylko, żeby pozwolili mi zadzwonić do męża, żeby wiedział co się dzieje... Chwilę potem usłyszałam płacz Marysi (pomyślałam to dobrze). Pokazali mi ją dosłownie na ułamek sekundy, nie zdążyłam nawet się jej przyjrzeć - powiedzieli, że muszą ją szybko zabrać. Pamiętam tylko, że chciałam wstać i iść za nią. Pytałam, czy wszystko jest w porządku? Powiedzieli: jest w dobrych rękach, proszę się nie ruszać, proszę się tym teraz nie martwić. Nie martwić, nie martwić - powtarzałam te słowa w swojej głowie...

Mąż zdążył w ostatniej chwili, widział jak wywozili ją w inkubatorze, mówił: jest śliczna, taka malutka... Przez całą noc nic - cisza, żadnych wieści, nikt nic nie wiedział. Prosili, żebym zasnęła i spróbowała odpocząć, że jutro ktoś mnie poinformuje co z dzieckiem...

Pamiętam, pierwsze, najtrudniejsze dni. Marysia leżała w sali numer jeden. Pierwsza sala była najgorsza, bo były tam dzieci w najcięższym stanie, druga sala była dla tych maluchów bardziej stabilnych, a trzecia, to sala z której już blisko było do domu. Z wcześniakami bywa tak, że ich stan zdrowia może zmieniać się w każdej chwili. Jest poprawa, mały krok do przodu, a potem pogorszenie i dwa kroki w tył!


Pozwolili mi ją zobaczyć późnym popołudniem następnego dnia. Powiedzieli, że miała ciężką noc, że walczyli, że stan krytyczny, ale już stabilny, a to już coś. Leżała podłączona pod jakieś urządzenia, oklejone serduszkiem WOŚP - nie oddychała sama. Patrzyłam na tą maleńką iskierkę przez szybę inkubatora i nie mogłam zrobić nic, dosłownie nic. Chciałam wziąć ją w ramiona, przytulić mocno - nie pozwolili...



Gdy mogłam już ją dotknąć, bałam się - bałam się, że mogę zrobić jej krzywdę, była tak krucha. Pamiętam trzecią dobę (jej stan był bez zmian), przed salą stały położne. Zabroniły mi wejść, nie chciały powiedzieć co się dzieje. Słyszałam jedynie ciągłe dźwięki aparatów. Zamarłam... Najdłuższe kilkanaście minut mojego życia! Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić w tamtej chwili. Nie chcieli mnie wpuścić, nie chcieli nic powiedzieć. Walczyli...

Walczyli o chłopczyka, który leżał obok Marysi i którego niestety nie udało się uratować...
W jego miejsce przyjechały kolejne dwie kruszynki: Nadia i Oliwia, które do tej pory są bliskie mojemu sercu, a ich historię możecie poznać TUTAJ.

Potem był przełom, zaczęła oddychać, będzie lepiej (pomyślałam) i było - jeden dzień. I znów pogorszenie,  znów cofamy się do stanu początkowego... Tydzień potem pozwolili mi ją wreszcie wziąć na krótką chwilę w ramiona. Łzy same ciekły po policzku, nie umiałam ich opanować - najpiękniejszy pierwszy moment. Mogłam ją mieć tylko dla siebie. Nie zapomnę tego nigdy.


Potem było już lepiej, choć kolejne dni były jak miesiące, a te parę tygodni jak lata. Czas tak okropnie się dłużył, ale pewnie zawsze tak jest gdy się na coś czeka... Siedząc godzinami przed tą szklaną barierą, która oddziela Cię od twojego maleństwa, myślisz tylko o tym, żeby jak najszybciej wyzdrowiała i żeby w końcu wyjść do domu...

Co utkwiło w mojej pamięci z tamtych chwil? Chyba wszystko, każdy dzień, każda godzina. Nawet nie pamiętam, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się tyle wylać łez. Emocje jakie mi wtedy towarzyszyły są nie do opisania: szok, złość, strach, ból, radość, smutek, żal, zwątpienie, troska... Wszystko na raz.

Dziś się o tym nie pamięta, mimo, że po wyjściu, ze szpitala to nie koniec, bo wcześniaki mają jeszcze długą drogę leczenia. A wiedzą to doskonale mamy wcześniaków, które zmagają się po dziś dzień i walczą o lepsze jutro dla swoich pociech. U nas skończyło się po roku czasu. Niestety nie wszystkie wcześniaki mają tyle szczęścia co nasza kruszynka...




Dziś jestem szczęśliwą mamą, a Marysia jest moim oczkiem w głowie. Nic więc dziwnego że biegam (bez opamiętania) za nią z aparatem. Nie pozwolę żeby umknęła mi choć jedna chwila z jej życia!

Podobne wpisy

0 komentarze:

Prześlij komentarz